Menu

Sportowa Sinusoida

O dobrych i złych chwilach w sporcie...

Czy coś drgnęło?

sportfan95

KowalczykCzy jeszcze zobaczymy taki obrazek?

W miniony weekend odbyły się kolejne zawody Pucharu Świata w biegach narciarskich. Tym razem na trasach biegowych w Davos nie mogliśmy oglądać Justyny Kowalczyk, która zrezygnowała ze startu w Szwajcarii na rzecz spokojnych przygotowań w Pucharze Kontynentalnym w Hochfilzen. W najwyżej położonym mieście w Europie zawody odbyły się drugi weekend z rzędu i miały bardzo niekorzystny układ startów dla Polki. 10 kilometrów stylem dowolnym i sprint tą techniką, jak wiadomo, nie są najmocniejszymi konkurencjami biegaczki z Kasiny Wielkiej. O ile jeszcze kilka sezonów temu potrafiła ona skutecznie walczyć łyżwą nawet z najlepszymi, o tyle teraz jest o to dużo trudniej i w kontekście przygotowań do klasyka wyjazd do Hochfilzen na pewno był dobrym posunięciem.

Na austriackich trasach biathlonowych Justyna rozpoczęła weekend od piątkowego sprintu stylem klasycznym. Polka okazała się najlepsza już w eliminacjach, w których o niewiele ponad sekundę wyprzedziła znaną z tras pucharu świata Austriaczkę - Katerinę Smutną. Ona, podobnie jak Kowalczyk, zrezygnowała z biegów w Davos na rzecz zawodów w swojej ojczyźnie. Kolejne biegi były dla mistrzyni olimpijskiej z Sochi formalnością. W finale także nie pozostawiła złudzeń rywalkom. Polka jako pierwsza wbiegła na metę wyprzedzając Katerinę Smutną i Hannę Kolb.
Ktoś z pewnością powie, że takie zwycięstwo to nie zwycięstwo, bo to tylko zaplecze. Jest w tym na pewno bardzo dużo prawdy, ale takie biegaczki jak Smutna czy Kolb nie są dla osoby interesującej się biegami narciarskimi anonimowe. Niemka to młodzieżowa mistrzyni świata w sprincie stylem dowolnym, a Austriaczka już wiele razy potrafiła wchodzić do finałów zawodów Pucharu Świata, głównie w sprincie stylem klasycznym.

W sobotę Justyna wystartowała w biegu na 5 kilometrów klasykiem i tutaj także nie dała szans swoim rywalkom. Drugą na mecie Smutną wyprzedziła o ponad 22 sekundy. W niedzielę przyszedł trochę gorszy start. Kowalczyk wystartowała w biegu na 5 kilometrów techniką dowolną ze startu wspólnego. Polka znalazła się poza podium przegrywając na mecie z, co tu się oszukiwać, dużo słabszymi od niej zawodniczkami. Na "pudle" znalazły się Ilaria Debertolis i Virginia de Martin Topranin z Włoch oraz Marion Buillet z Francji. Justyna przegrała ze zwyciężczynią o 4,8 sekundy. Gdyby to były zawody Pucharu Świata i taką stratę odnotowałaby ona do Bjoergen, to z pewnością nikt nie byłby zmartwiony. Jednak w sytuacji gdy Polka przegrywa nawet z zawodniczkami z zaplecza elity musiały zostać podjęte jakieś decyzje. Kowalczyk napisała na Facebooku, że "Łyżwa wciąż słaba. Decyzje stają się prostsze", następnie w wywiadzie dla TVP przyznała, że styl dowolny będzie traktować "po macoszemu" i skupi się na klasyku, którym będą rozgrywane dwie konkurencje na mistrzostwach świata w Falun.

Teraz trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, które zadałem w tytule tego tekstu. Czy coś drgnęło? Według mnie nadal ciężko znaleźć na nie jakąś sensowną odpowiedź. Niby klasyk nadal mocny, ale dużo bardziej podniosłoby Justynę na duchu zwycięstwo nad Norweżkami, albo chociaż podium Pucharu Świata. Tydzień temu w Davos było blisko, ale odcięło prąd na ostatnich dwóch kilometrach. W Hochfilzen trasy były trudne, bo to w końcu ośrodek biathlonowy. Jednak obsada tych biegów pozostawiała na pewno dużo do życzenia. W międzyczasie Nicole Fessel, równolatka Justyny, potrafiła przedzielić Norweżki w Szwajcarii. Przegrała tylko z Marit Bjoergen i to nieznacznie biorąc pod uwagę to, że jej wcześniejsze biegi były dużo słabsze. Niemka wykorzystała trasę do maksimum, trafiła z formą dnia i świetny wynik gotowy. Jej radość po osiągnięciu tego wyniku na pewno zrekompensowała kibicom czas oczekiwania na podium. Ja nadal wierzę w to, że i my w tym roku będziemy mieli powody do radości. Zeszły sezon był podobny. Ciągłe wzloty i upadki. Tylko że wtedy Justyna miała piorunujący początek roku i dlatego nikt nie mówił, że coś może pójść nie tak. W tym jest na przeciwnym biegunie. Plasuje się w czołowej dziesiątce, ale ludzie przywykli do tego, że ciągle była na podium albo wygrywała. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że czas wielkich zwycięstw chyba już minął. Justyna nigdy nie była Marit i nią nie będzie, co mnie osobiście bardzo cieszy. Jej sukcesy są efektem bardzo ciężkiej pracy na treningach w warunkach odbiegających od tych w których trenują Norweżki. Chciałbym, aby w tym roku udało się zdobyć chociaż jeden medal, tak jak miało to miejsce w Sochi. Wiem, że Justynę na to stać i ona sama doskonale o tym wie. Najważniejsze to przełamać bariery a to robiła już wiele razy.

© Sportowa Sinusoida
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci